Kochane zwierzątka czyli dzień z życia sprzedawcy sklepu zoologicznego

 

Zagłosuj tutaj

Dawno, dawno temu pracując jeszcze za lada w sklepie zoologicznym bywały dni jak ten:

„Najpierw zwierzęta. Szybki rzut okiem na wszystkie akwaria. O jest trup – wyłów i wyrzuć. Tylko jeden w tym akwarium więc jest ok. W innym ryby się słaniają. Szybka naklejka KWARANTANNA. „Choroba” źle brzmi i odstrasza – „kwarantanna” brzmi dyplomatycznie.

No i gryzonie. Dwa trupy u chomików.

Nie wytrzymały tej nocy. Coś im się nie spodobało w jednej klatce przebywać dłużej. Przynajmniej problem przeludnienia…. nie ….przechomikowania został rozwiązany.
No ale brakuje jednej koszatniczki – mimo najwyższych środków ostrożności znów przegryzła plastikowy element w klatce i nawiała. Krótkie poszukiwania na zapleczu ujawniły przegryzione zostały dwa 15 kg worki z karma dla psów i 20 kg worek z karmą dla gryzoni. A koszatniczki ani śladu. Jeszcze ja dorwę i jaja z d….. powyrywam.

Pukają pierwsi klienci – przecież jeszcze 2 min. do otwarcia i tyle rzeczy jeszcze mogę zrobić.
Spisuje w dokumentach jako straty ilość nieżywych zwierząt i powód odejścia. Włączam kasę fiskalną i szybko przeliczam pieniądze w szufladzie. Nie zgadza się o 2zł. Dobra nie ma czasu – na koniec dnia sprawdzę.

Otwieram drzwi zniecierpliwionej pani która nie mówiąc nic mówi wiele. Czuje się jak pobity piesek. I to pobity za …niewiadomo co. Pani kupuje żwirek dla swojego kochanego kotka perskiego, by jego włochata pupcia nie przykleiła się do żwirku. Po czym kładzie swoja wypasiona kartę kredytową na ladzie niecierpliwie stukając palcami. Na słowa dziękuje i zapraszam ponownie – patrzy się spod byka i wychodzi ze sklepu pakując żwirek do bagażnika swojego srebrnego porsche.

Praktyczne rozwiązania - nie inaczej jeżeli pisał je praktyk

 

Jak znaleźć dobrego pracownika?

 

Dobra, teraz szybko nakarm i napój gryzonie. Szukając łopatki do podania karmy dla gryzoni dostrzegam zaginioną koszatniczkę siedzącą nieopodal. Nażarta jak po weselu. Wiem że gwałtowne ruchy nic nie dadzą – zbliżam się do niej jak gdyby nigdy nic, nie interesując się nią. Zauważa mnie i odskakuje na bezpieczną odległość jednocześnie bacznie mnie obserwując. Próbuję przywołać ją jakimiś kawałkami suszonego banana. Podchodzi bliżej ale tylko na tyle by mnie podrażnić i olewa sobie dalszą wędrówką do mną. Ze złości i bezsilności rzucam ja butelką plastikowej wody którą miałem podać gryzoniem. Butelka była zamknięta. Na szczęście.

W tym momencie wchodzi klient który kupuje zawsze to samo – karmę dla psa. Na wagę. 20 gram tej, 15gr tamtej, 25 gram tej i 10 gram tej. Wszystko zapakowane do jednej woreczka. Ale każda cena inna. Trochę pitolenia się przy wbijaniu na kasę. Po pięciu minutach dostaje co chciał i płaci za to 7,28zł. Czuje się już zmęczony a to dopiero drugi klient. Żegnając go widzę koszatniczkę która z radości przebiega w inny kont sklepu – pod akwaria.

 

Czego KATEGORYCZNIE nie powinieneś robić sprzedając w sklepie zoologicznym?

 

Łapiąc siatkę na ryby która ma mi pomóc w zapanowaniu nad niesybordynacją koszatniczki wpadam na kolejnego klienta który w wesołym humorze wpada do sklepu. On jeszcze nie wie, że właśnie go nie lubię. Ale go znam skąd indziej. Skąd? To chyba nieważne przecież idąc ulicą przez miasto co chwila słyszę „Dzień Dobry”. W pewnym sensie stałem się osobą publiczna.

Co gorsza wielu z tych ludzi nie rozpoznaję . Nie mam pamięci fotograficznej i łapię się w sytuacjach w sklepie ze przy długiej kolejce i wielu klientach w ciągu dnia, bardzo często tylko przelotnie skupiam się na twarzy klienta a więcej wysiłku sprawia mi jasne zrozumienie potrzeb i wyjaśnienie rozwiązań – jednocześnie mając na oku pozostałych klientów czekających w kolejce lub buszujących po sklepie. Ponieważ gdy tylko na moment obsługiwany klient zamyśla się w swoich wyborach i potrzebuje chwili by przetrawić to co usłyszał, można obsłużyć jakiegoś klienta który potrzebuje jedynie by skasować go za wybrany towar i szybko doradzić komuś innemu.

A za moment wrócić z powrotem na tok myślowy problemu poprzedniego klienta. I tak często przez kilka godzin. W międzyczasie jeden z klientów z oburzeniem i nie skrywaną złością na temat długiego oczekiwania wychodzi ze sklepu mając na czole wypisane dumnie „Jestem zwyciescą”

Ale do rzeczy. Obecny klient chce tylko kupić jedną rybkę. No dobra – szybko pójdzie. Zażądał on piskorka jawajskiego. O tego – wskazuje dużym grubym paluchem na jaka obecnie widoczną. Jakby miało to jakieś znaczenie. Nie chodzi że niczym się nie różnią od siebie. Chodzi o to że złapać je to od 2 do 20 minut machania łapka w akwarium. Długie szybkie ryby. Koszmar łapania. Rozwalam wszystkie ozdoby w nim. Później i tak wyjmę filtr. Właściwie robota bez sensu, chyba szybciej trwało by machanie tą siatką z zamkniętymi oczami i liczenie na szczęście. Albo pozostawienie z tym klienta. Zresztą po 10 minutach faktycznie go zostawiam i idę obsłużyć kolejnych klientów którzy czekają z niecierpliwością na swoją kolej.

Zaraz po tym wracam do łapania Piskorka. Idąc widzę przedstawiciela handlowego jednej z firm i …koszatniczkę która usiadła pod jednym z worków karmy dla psów.. Grrrrr…. zapowiadają się złe chwile. Koszatniczka nadal na wolności a przedstawiciel handlowy będzie mnie więził swoim towarzystwem przez kolejną godzinę.

 


Zobacz to okiem urzędnika!

 

Pot pojawia mi się na czole, kiedy w końcu nakarmiam wszystkie gryzonie.

Kiedy już klienci znikną ze sklepu wtedy zaczynał pojawiać się świadomość. Świadomość bolących nóg po kilku godzinach biegania po sklepie, bolącej głowy od natłoku usłyszanych informacji i własnej gadaniny oraz emocji z tym związanych.

Właśnie zamknąłem drzwi na klucz i …. ktoś puka. O nie ! Ukradkiem na czworaka przedostaję pod ladę i tam siedzę w bezruchu kilka następnych minut nie zważając na głos klienta który krzyczy że wie że tam jestem a on chciał tylko jedną rzecz. Niech poprosi koszatniczkę. Ja wymiękam.

Poniedziałek minął. Jeszcze tylko….całe życie”

 

Dedykuje wszystkim sprzedającym w sklepach zoologicznych

 

 

Krzysztof Burzyński

Dodaj komentarz